Węgry – 30 maja 1942 r
godz 5 p.p. sobota
Najukochańsi jedyni moi!
Nareszcie dziś o 8.30 rano otrzymałem dwa Wasze listy : od Hanusi z dnia 1 maja, a głównie od Mamuśki z dnia 19 maja.
Już jestem uszczęśliwiony. Ostatnie dni maja upływały mi w biedzie i rozpaczy z powodu braku wieści o Was.
Dziś również otrzymałem podwyższony z 2 ½ na 4 ½ pengo” od Węgrów w wysokości 135 pengo” za m. czerwiec, a więc już nie zajdzie obawa, aby zabrakło mi 20 groszy /filerów/ na porcje chleba lub na znaczek do listu, a to się przytrafiało, zaś nie śmiałem na miejscu pożyczać, a kredyt u Prezesa Komitetu p. Pysza i u p. Krzemienia mam całkowicie wyczerpany, a ponadto długi moje wynoszą na dzień dzisiejszy 180 pengo” czyli około 500 zł i to mi odbiera sen, a zarobić nic nie mogę.
Podwyższony żołd jest zbawieniem i zawdzięczam go p. Krzemieniowi, inaczej pół miesiąca musiałbym głodować, gdyż wszystko znacznie podrożało. Po długich zabiegach dostałem czasową pracę przy kopaniu ziemi pod warzywa na podwórzu fabrycznym, gdzie była taka moc kamieni, że po przepracowaniu 10 godzin, bo taki czas obowiązuje na upale słonecznym bez koszuli opadłem całkowicie z sił, a pot lał się ze mnie strumieniem i całe wnętrzności grały jak u konia, który ostatkiem sił ciągnie wielki ciężar pod górę po piaszczystej drodze; podczas tej pracy wypiłem około 5 litrów zimnej wody i ostatkiem sił usiłowałem wytrzymać do końca, aby nie stracić oddania oczekiwanej pracy, lecz wysiłek mój zakończył się podobnie, jakby się stało z koniem zaprzęgniętym do pługa na 10 godzin w twardej i kamienistej roli. Działo się to we czwartek 28 maja.
Rezultat moich najlepszych chęci zakończył się potwornym spaleniem pleców i ramion oraz tak potwornym bólem żołądka, że cały wieczór i całą noc wiłem się w boleściach, na które nie pomagały żadne środki – spędziłem te noc w pozycji siedzącej i leżeniem na brzuszku i dopiero rano ból żołądka ustąpił, a oparzenia jeszcze bardziej dokuczać mi poczęły – o śnie nie było mowy.
Wczoraj 29 V do pracy pójść nie mogłem a i dziś w nocy nie mogłem zasnąć do 6-tej rano, lecz wreszcie zasnąłem w jakiejś cudacznej pozycji i przespałem do 8h30, a o tej godzinie przyszedł pocztylion i przyniósł wasze listy oraz pieniądze z Węg. Ministerstwa – oczywiście że w tych warunkach zapomniałem o bólu.
Doktór oświadczył mi że ból żołądka pochodzi nie od wody, lecz od nadwerężenia mięśni brzusznych i że nie wolno mi rzucać się na tak ciężką pracę, bo to przypłacić mogę ciężkim opuszczeniem żołądka i innymi komplikacjami.
Tak oto smutnie zakończył się mój występ w roli robotnika fizycznego, ale normę pracy wykonałem i mam nadzieję, że gdy się podżywię, bo byłem podgłodzony, to trochę lżejszą pracę będę mógł wykonywać, a do tej wracać niestety nie mogę – żal mi jej bardzo, bo mogłem zarobić około 35 pengo” tygodniowo.
Opisałem powyższą historję nie dlatego, aby Was wzruszyć i rozczulać, lecz po to abyś Ty Franusiu nie sądziła o mnie źle gdy Cię zanudzam prośbami o pomoc.
Weksel o którym wspominasz rzeczywiście podżyrowałem w początku 1939r. a kwota 200 zł była przeznaczona za Tadka Fitzego i zajmowała się tym p. Woźniakowi, która miała weksel spłacić.
Jeżeli jest w Warszawie Leon Aleksanowicz to powiedz mu, aby zawiadomił Woźniakowi, bo on zna jej adres, żeby weksel wykupiła i tobie nie zawracali głowy.
Jestem uszczęśliwiony że nareszcie komunalna Kasa udzieliła Ci tą drobną pożyczkę, bo już byłem w rozpaczy o wasz los, a z drugiej strony jest mi bezgranicznie przykro że mój brat Marjan nic Ci nie pomógł pomimo dwóch moich listów, gdyż tak dalekiej obojętności nie spodziewałem się po nim.
Gieni pewnie nie będę mógł zawiadomić o Śmierci Romana, ale spróbuję to uczynić.
Napisz mi coś więcej o stosunku Urbańskiego do Ciebie - ja zastosuję się do twoich rad i pisać do Ciebie nie mogę.
Jestem wdzięczny Bogu, że tak rychło otrzymałem ostatni twój list i mogę przeżywać przynajmniej z dalekiej odległości cudowny moment pierwszej spowiedzi i komunii mojego słodkiego ukochanego Syneńka. Rozumiesz ukochana moja czem była pierwsza Komunja dla mnie każdego z naszych dzieci, a przecież on ostatni – i tego szczęścia Bóg poskąpił, bym cudownie ubrał moje Syniątko i z sercem przepełnionym bezgraniczną radością wpatrywał się załzawionymi oczyma na ten wielki akt, gdy Chrystus żywy wstępuje do jego serduszka by nazawsze tam pozostać i opancerzyć je przed dostępem zła i wiecznie w tym ukochanym serduszku panować, a ochraniać je przed pokusami czyhającymi na każdym kroku i o każdej sekundzie na niewinną i czystą duszyczkę naszego Syneńka.
Napiszę do niego obszerny na ten temat list.
Ustanowienie tego sakramentu przez kościół jest czymś przedziwnym i przecudnym. Wieść o pierwszej komunii mojego Syneńka przyjąłem z radością i łzami.
Lepiej zrobiłaś, że nie odraczałaś tego aktu, bo grzechem byłoby dla własnej przyjemności połączenie się naszego skarbu z Bogiem.
Żal mi tych jego długich kędziorków z grzywką. Dziwię się co to szkole przeszkadza, lecz pogodzić się z tym muszę, ale proszę Cię Franusiu moja, abyś zrobiła jedną wspólną fotografię prze postrzyżynami i przysłała mi ją. Sfotografuj się też sama z Bohdankiem, oraz koniecznie przyślij mi pukielek tych słodkich złotych włosków mojego Syneńka.
Cały dzisiejszy dzień upływa mi pod wrażeniem tej spowiedzi i czuję się wyjątkowo dobrze, pomimo słonecznej oparzeliny.
Już 7-ma – biegnę do Kościoła na majowe Nabożeństwo, by Matce Boskiej polecić moje dzieciątko, jego Mateńkę i siostrzyczki i wybłagać łaskę rychłego połączenia się z Wami.
Dziś upływa 24 lata od dnia, w którym wróciłem do moich rodziców po trzechletniej tułaczce w czasie poprzedniej wojny.
Tulę całuję
Stasiek
31/V 1942 r. godz. 3 p.poł.
Trzecią noc dręczy mnie bezsenność. Wczoraj modliłem się w Kościele przeszło godzinę, później poszedłem nad Dunaj i wpatrywałem się długo na północ wypatrując Was i oczyszczonego z grzeszków Syneńka.
Księżyc w pełni wschodził na lazurze Nieba i przeglądał się w Dunaju, przerzucając cudny słup olśniewających promieni przez szerokość jego fal. Było tak cicho i niebiańsko, a uroku tej czarownej chwili dodawały tony muzyki fortepianowej, dochodzące z jakiejś willi położonej na przeciwległym brzegu Dunaju.
Zamknąłem oczy i wsłuchany w tą ciszę, przerywaną cudnymi dźwiękami marzyłem, ze to moje dzieciątko – mój Synek maleńki przesuwa drobne paluszki po klawiszach i gra swojemu samotnemu Tatuśkowi, na odpędzenie od niego złej doli i rozproszenie smutku i bezgranicznej tęsknoty, która tak okropnie i bezlitośnie szarpie samotne moje serce.
Bóg jest tak wielki, jak Jego skaranie mnie za grzechy, lecz jest tak miłosierny jak Wielki, wiec pewnie odwróci odemnie karanie i wróci mi Was i mojego Syna.
Bez snu przeleżałem w łóżku do 5-tej rano i dopiero o tej porze zasnąłem z umęczenia, lecz o 8-mej już byłem na nogach i po odmówieniu modlitwy oraz ucałowania krzyżyka i fotografii pobiegłem do Kościoła – dziś niedziela, dzień św. Trójcy. Złożyło się tak cudnie, że trafiłem o 9-tej na Mszę szkolną – pełniutko było
dzieci ; modliłem się tak żarliwie, jak może nigdy, a modlitwa ta była cudną ekstazą mojej duszy. Podczas tej modlitwy polecałem Bogu mojego Syneńka, jego Mateńkę, Urszulkę, Hanusię i Basiunię oraz siebie i przyjąłem Komunję może w jednej i tej samej sekundzie, co i mój Syneniek. Modlitwę przed i po Komunii odmawiałem w imieniu własnym i Syneńka, a jednocześnie imiona Mateńki i Siostrzyczek wymieniałem wielokrotnie. Po Komunji udałem się do cukierni i zjadłem dwa ciastka oraz lody, a zapłaciłem aż 1 pengo” 20 fillerów, ale to tylko w tym dniu.
Do cukierni wszedł jakiś szczęśliwy Ojciec z 7-mio letnim synkiem i raczył go lodami przy moim stoliku. Pogłaskałem chłopca po jasnej główce i zapytałem, jak ma na imię i ile ma lat. Odpowiedział rezolutnie, że na imię ma Lajosz, a lat liczy 7, a Ojciec uśmiechnął się na to do mnie dumnie.
Ach, gdyby on wiedział czemu pogłaskałem tę dziecinę po jasnej główce i gdyby widział, co dzieje się w tej chwili w moim sercu, to zawarłby ze mną /ogniowe?/ przymierze na całe wieki i wypowiedział bezkrwawą wojnę wszystkim wojnom wszechczasów.
Po tym posiłku wróciłem do Kościoła i wysłuchałem drugiej Mszy i stało mi się tak lekko na duszy – tak błogo, jakbym żył w zaświatach.
Po Nabożeństwie zjadłem obiad i wróciłem do domu, tu zaś zasnąłem i po przebudzeniu skreśliłem te słowa na pamiątkę pierwszej Komunii mojego Syneńka.
Jest już 6h 15 po poł. Kończę i idę o 7-mej na ostatnie Majowe Nabożeństwo.
A teraz wieść najbardziej radosna – otóż do Komendy Obozu nadszedł okólnik z Komitetu Polskiego, że uchodźcy pragnący powrócić do kraju winni wnieść podania do Węgierskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i ten okólnik nadszedł dziś.
Czy to nie zrządzenie boskie – może tym razem poważnie rzecz traktują. Spisywano już i poprzednio, lecz bez rezultatu. We wtorek jadę w tej sprawie do Budapesztu i dam znać, jak wygląda ten powrót.
Nie radujcie się zbytnio, bo może to jeszcze jedna statystyka, ilu pragnie nas powrócić do kraju.
Jeżeli zaistnieje możliwość powrotu to oczywiście skwapliwie z tego skorzystam, opierając się na Twoich listownych wezwaniach do powrotu.
Uczyń wszystko Franusiu, abyś pomogła Ciotce i niech ona napisze list polecony, aby mnie uspokoić o swój los. Pisz Franusiu częściej, bo nie zdajesz sobie sprawy, czem są dla mnie Twoje listy.
Niech dzieci opisują mi najdrobniejsze szczegóły o naszym ogrodzie w Miedzeszynie. Przeraża mnie projekt pozostawienia Lali z ta Waszą Janką w Miedzeszynie – może by tam zamieszkały z nią jeszcze jakieś koleżanki, lub może mogłaby ona dojeżdżać z Żarnowa co jakiś czas, a tam by zamieszkał z żoną Jurek Koziński – mógłby on dostać urlop – jeden zdrowotny, po chorobie, a drugi normalny.
Piszesz Franusiu bardzo rozwlekle, a więc krótko i nie o projektach na lato i tak mało w związku z moimi pytaniami, a przecież ja tylko myślą o Tobie i dzieciach żyję.
Chciałbym pisać w nieskończoność.
Bądźcie zdrowi!
Niech Dobry Bóg wysłucha moich błagalnych próśb i opiekuje się Wami, a zachowa Was na pociechę dla mnie nieszczęśliwego.
Tulę, ściskam i całuję mocno i serdecznie Ciebie Franusieńko moja, Urszulkę, Hanusię, Basiureńkę i mojego Bogunka ukochanego
Wasz do grobu i na wieki
Ojciec Stasiek
p.s. W ostatniej chwili zawiadomiono mnie, abym w poniedziałek przyszedł do pracy na próbę na jeden dzień. Pójdę, lecz będę się oszczędzał i zobaczę, czy będzie lżejsza
Stasiek
7-ma rano. Jestem po śniadaniu. Idę do pracy. Jestem zdrów.
Stasiek Wasz do grobu
przepisala Beata K.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)



2 komentarze:
Kochani potomkowie Dziadzia Spasinskiego!!!
Wszyscy mamy trochę Jego miłości bezwarunkowej do całego swiata, jego szlachetnosci i czasem ostrego temperamentu...
Wspaniały, najukochanszy Dziadziula kocha nas wszystkich, blaga Boga o laski dla nas i sie codziennie do nas radosnie usmiecha!
Beata /patetyzm po Nim/
Bardzo dziekuje za opublikowanie tego listu Dziadzia w "Tygodniku" i usilnie prosze i nalegam o nastepne. Starzejac sie, widze coraz bardziej jak Jego krew plynie w moich zylach (mam na mysli podobna mentalnosc, to zdumiewajace). Wy tez, drodzy mlodzi, cos napewno po Nim odziedziczyliscie.Co jest ciekawe u Dziadzia, patrzac z dystansu, to jest to polaczenie duchowosci, zarliwej wiary,zainteresowan artystycznych z bardzo twardym poczuciem rzeczywistosci,spraw codziennych, duzy zmysl do interesow, dbanie o sprawy materialne rodziny, itp., itd.Wszystko to bardzo mi sie podoba. Jedyna slabosc, to ta chora moim zdaniem, milosc do "synenka"; widzialam to w powojennych latach na wlasne oczy, kiedy bylam malym dzieckiem, a Bohdan studentem. Wszyscy wiemy, jak to sie skonczylo. Ale w kazdej rodzinie bywaja takie historie, jesli nie gorsze. To moze byc nauczka dla rodzicow, ale wiedzcie, ze mieliscie naprawde wyjatkowej jakosci pradziadka.
Caluje wszystkich _ Iza.
Prześlij komentarz